źródło: przeblyski.blog.pl

 

 

Pomału zacząłem otwierać się na nowe znajomości. Jakie to śmieszne – pomyślałem – że przez ostatnie 5 lat bez większego namysłu przechodziłem ze związku w związek. Bez rewizji swoich skłonności, ukrytych wzorców postępowania, schematów mentalnych. Owszem instytucja „związku” może być jednym z najbardziej silnych zręcznych środków. No ale… właśnie, tylko w przypadku gdy stosuje się go w świadomy sposób.

Doszedłem do wniosku, że póki co głupotą byłoby budować kolejny „dom”, kolejny zamek z piasku. Trzech partnerów, szmat czasu, pięc lat jak wspomniałem. Tyle bezsensownych łez, chociaż także ogrom pozytywnych wrażeń, multum oczyszczeń i pozytywnych nagromadzeń. Zastanawia mnie do tej pory jak silny może być zew karmiczny. Jak ciężko jest się komuś oprzeć tylko dlatego, że z tym kimś „coś” nas łączy. Na początku nigdy nie wiemy czy ta więź ma charakter pozytywny czy negatywny. To co jawi się jako kaskada szczęścia i rozkoszy w chwile potem może się okazać wodospadem lodowatego gradu. Teraz już wiem, że za bardzo nie można ufać swoim „uprawomocnionym” przeczuciom. „Hahahahahha” – rozlega się śmiech Buddy.

Instytucja tradycyjnie definiowanego związku zawsze mnie pociągała i przerażała zarazem. Kusiła gwarancją bezpieczeństwa, odpychała wizją zniewolenia. A przecież i tak wszystko zależy od stanu naszego umysłu. Parafrazując jednego z moich lamów, „niebo i piekło rozgrywa się między naszymi mięśniami i żebrami” (chyba jakoś tak ;P). To my sami generujemy film, w którym przyszło nam być aktorami.

Bałem się często swojej zazdrości. Choć wszem i wobec nieskończenie wiele razy mówiłem o swojej potrzebie przestrzeni i „wolności”, bywałem zazdrosny o swoich partnerów. Jeden z moich związków rozpadł się bezpowrotnie właśnie z jej powodu. Tak jakbym się łudził, że można kogokolwiek lub cokolwiek przywiązać do siebie na siłę, że można – jak za pstryknięciem palcem – wykroczyć poza nietrwałość wszystkich rzeczy.

Teraz, otwarłem się na nowe znajomości. Chyba się zaprzyjaźniam(y) z pewnym młodzieńcem. Przedziwna więź od samego początku znajomości nam towarzyszy. Potrafię bez Cienia wątpliwości, z pełnym zaufaniem opowiadać mu o swoich największych, najbardziej tajemnych przeżyciach, doświadczeniach, myślach, czynach. Wygląda na to, że on także. I wszystko dzieje się tak bardzo spontanicznie. Raczej nie będziemy ze sobą razem, chciałbym aby ta relacja przerodziła sie w prawdziwą przyjaźń, poza lgnięciem i odpychaniem, tak jak moja przyjaźń z Mariem.

Cieszymy się sobą, swoimi myślami, słowami, ciałami. Dziwne jest to, że mimo iż parę godzin ledwie minęło od naszego ostatniego spotkania, ja już odczuwam jego brak. Dziwne i niebezpieczne. Wszak przecież nie jestem w nim zakochany i nie planuję „zaobrączkowania się” (hehehhehe, jak mi tu śmierdzi heteronormatywem :P). Po prostu jest mi z nim dobrze, jest twórczo i tak normalnie, tak znajomo.

Boję się że stanę się zazdrosny. Że te godziny spędzone razem gdzieś głęboko, podświadomie zacznę traktować jako rodzaj zaplombowania, przypieczętowania. Że będę chciał w głębi serca go „zatrzymać”, że zadam śmierć spontanicznej manifestacji. Chciałbym aby on sam był szczęśliwy, i w moim towarzystwie i w ogólności. Kiedyś mój znajomy mieszkający w Szanghaju powiedział mi, że dąży” do tego aby być niczym motyl – delikatnymi skrzydłami muskać pyłek kwiatowy, sfruwając z płatka na płatek, bez chęci zatrzymywania czegokolwiek dla siebie, bez chęci zawłaszczania prawa do czyjegoś szczęścia…

W obliczu tych wszystkich obaw, pomyślałem: przecież dharma daje mi tyle zręcznych środków. Przypomniałem sobie praktykę odcinania, praktykę tsa lungów, pięciu oczyszczających oddechów, wszelkie praktyki ofiarowania, słowa moich cennych lamów. Krzyknąłem parę razy „Phat!’ mając w myśli moje lgnięcie. Przestrzeń rozszerzyła się.

Szlachetny i cenny Budda, Pakciok Rinpocze w jednym ze swoich wykładów przywoływał sytuację ze swojej wczesnej młodości dotyczącą lgnięcia do posiadania. Obiektem pożądania był nowy samochód, który otrzymał w prezencie od swoich uczniów. Przez wiele dni po znalezieniu się daru w zasięgu jego wzroku, nie mógł przestać o nim mysleć. W wersy testów które studiował, modlitw które wymawiał, wizji które manifestował wkradał się zawsze ów samochód (a dodajmy że był to czerwony, nowoczesny, połyskujący wóz ;P). Zwierzył się z tego swojemu nauczycielowi i ten doradził mu, aby składał go w ofierze całemu Schronieniu, Buddom, Dharmie, Sandze. Poświęcił 3 dni na tą praktykę. Po ich upływie wydarzyło się tzw. losowe zdarzenie – podczas jazdy tym samochodem, miał wypadek. Nic się mu nie stało, niemniej jednak samochód nieco się zdefatygował :D. Rinpocze zaczął obserwować swój umysł. I co zobaczył? Jego lgnięcie prawie w całości zniknęło. Pomyślał: „przecież to tylko kawałek żelaza, rzeczy są po to aby dawać radość a nie ściągać cierpienie”.

Odnosząc to opowiadanie do związków, w sytuacji odczuwania zazdrości, przywiązania, można podobnie po prostu ofiarować energię swoich emocji lub nawet same obiekty naszego lgnięcia (w tym przypadku konkretne osoby), Buddom, Dharmie, Sandze i wszystkim czującym istotom. Mówię wam, to działa. Rzeczywiście pojawia się wówczas więcej przestrzeni, więcej wolności i spontaniczności.

Pełen mocy Lama Ole mówi: Jesli jesteś zazdrosny o kobietę, z kórą jesteś związany, życz jej nieskończonych ilości przystojnych marynarzy z wąsem. 😀 😀 😀

Wysyłajmy zatem życzenia wyzwolenia wszystkich czujących istot z niewoli pięciu negatywnych emocji, niekontrolowanej transmigracji i wszelkich zniewoleń. Niech wszystkie istoty będą szczęśliwe i posiadają przyczyny szczęścia. Niech będą wolne od cierpienia i przyczyn cierpienia. Niech nigdy nie będą oddzielone od prawdziwego szczęścia, w którym nie ma cierpienia.